fbpx

Londyn 2020

W zeszłym tygodniu ja, Wojtek i Michał spędziliśmy w Londynie parę dni szukając inspiracji. Naszym celem były duże targi Top Drawer, ale udało nam się zahaczyć o kilka innych, bardzo ciekawych miejscówek. Sprawdźcie, gdzie spaliśmy, co przykuło naszą uwagę i dlaczego kulinarnie był to jeden z fajniejszych wyjazdów w moim życiu!

To absolutnie nie był mój pierwszy wyjazd do Londynu. Jako nastolatka byłam w tym mieście na obozie językowym, zdarzyło mi się przyjechać do niego będąc na studiach, raz z mamą, a w zeszłym roku zabrałam do Londynu Wojtka z okazji jego urodzin. Muszę jednak przyznać, że ten wyjazd, choć bardzo krótki (tylko dwa pełne dni), mogę zaliczyć do najbardziej udanych. Spaliśmy w super miejscu, jedliśmy pyszne jedzenie, a nasze głowy wypełniły się inspiracjami po brzegi. Chcę zrelacjonować tę krótką podróż, jednocześnie dzieląc się tipami, które mogą przydać się Wam, gdy sami będziecie chcieli odwiedzić to miasto. Zaczynamy!

Gdzie spać

Pomysł na wyjazd pojawił się, gdy moja koleżanka Ola powiedziała mi w grudniu o Top Drawer – pokaźnych targach, na których można znaleźć wystawców z bardzo różnych dziedzin: od artykułów papierniczych, przez meble, po biżuterię. Wydało mi się to idealną okazją, żeby zaczerpnąć inspiracji i zaraz zarezerwowałam nam loty. Od razu po tym pojawiło się pytanie gdzie śpimy? Michał szybko wygooglował, że targi są na Kensington, a że nasz plan był bardzo ciasny, to znalazłam nam apartament, jak najbliżej eventu. Tym sposobem spędziliśmy 3 noce na Kensington High Street i… było świetnie!

Lokalizacja okazała się być dobrze skomunikowana. Pomijając bliskość targów, to na Soho, czyli sam środek turystycznego Londynu, mieliśmy jakieś 20-25 minut. Najbliższa okolica obfitowała w różne restauracje, knajpy i sklepy. Do tego wszechobecna w budynkach czerwona cegła stanowiła doskonałe tło do małej sesji zdjęciowej, którą urządziliśmy, bo w piątek przed samym wyjazdem dostałam od Apartu nowy zegarek- idealnie na wypad do Londynu!

Na początku myślałam, że będzie pasował głównie do eleganckich stylizacji, jednak okazało się, że z moim granatowym płaszczem i basicowym białym golfem sprawdził się lepiej niż dobrze! A skoro zaszalałam z zegarkiem to założyłam również złote kolczyki oraz nowe pierścionki, bransoletkę i naszyjnik!

| Kolczyki | Złoty pierścionek | Złoty pierścionek z Onyksem | Bransoletka | Naszyjnik | Zegarek

Mieszkanie idealnie spełniło swoją rolę podczas tego wyjazdu, ale nie wiem czy poleciłabym tę lokalizację każdemu. Kensington jest bardzo drogą dzielnicą, co miało swoje odzwierciedlenie w cenie za noc oraz w specyficznej atmosferze, która towarzyszyła nam przez większość czasu. Co dokładnie mam na myśli? Nie wiem, czy to będzie najlepsze porównanie, ale mieszkanie na Kensington, to trochę jak mieszkanie na Alejach Ujazdowskich w Warszawie – tak po prostu nie mieszka większość warszawiaków i jeśli chcemy bardziej wtopić się w Londyn, zobaczyć jego bardziej surową stronę i poczuć multikulturowość, z której słynie to miejsce, to warto wybrać inną dzielnicę.

Targi Top Drawer

Na targi wyruszyliśmy następnego dnia po przylocie. Ogromna przestrzeń Olympii, w której odbywał się event i którą w ramach rekonesansu przed wyjazdem zobaczyliśmy na zdjęciach, wzbudziła nasz szacunek na tyle, że postanowiliśmy podjąć wyzwanie wypoczęci i świeży. Dzierżąc nasze bilety-identyfikatory w dłoniach (wejście było darmowe, wystarczyło zarejestrować się odpowiednio wcześniej) wkroczyliśmy do olbrzymiej, jak na centralny Londyn, hali expo.

Olympia została wzniesiona jeszcze w XIX wieku i wiele z jej oryginalnych elementów pozostało na swoim miejscu. Od swojego powstania ten wielki pawilon był gospodarzem całej gamy różnorakich imprez – od wyścigów konnych, przez targi idealnych domów, podczas których w środku zostały zbudowane budynki-makiety, kończąc na targach łodzi, czy drobiu. Top Drawer ku naszej uciesze nawiązywał swoją eklektycznością do historii tego miejsca. Nie będę zanudzać Was jednak suchymi opisami, sami zerknijcie na zdjęcia.

Na duży plus należy zaliczyć organizację imprezy. Poruszanie się po pokazie było komfortowe – nie miało się wrażenia, że trzeba przeciskać się przez tłum, choć ludzi było wiele. Do tego pięknie przygotowane stoiska wystawców pogrupowane zostały w tematyczne strefy, co znacznie ułatwiało zwiedzanie. Na terenie imprezy oczywiście znalazły się też szatnie, dużo stref z jedzeniem (ale z wyborem niestety znacznie bardziej stonowanym niż w Polsce) i łatwe do odnalezienia łazienki.

Podsumowując, Top Drawer okazało się być niezwykle miłym zaskoczeniem. Mnogość wystawców z różnych dziedzin i różnorodność przedstawianego asortymentu naprawdę robiła wrażenie. Przejście już przez połowę przestrzeni oszołamiało bodźcami, a do tego przy wielu stoiskach wdawaliśmy się w przyjazne pogawędki z wystawcami, którzy ochoczo dzielili się ciekawostkami na temat swoich produktów. Event trwał 3 dni i sądzę, że gdybyśmy mogli pozwolić sobie na dłuższy pobyt, to spędzilibyśmy w hali Olympii dwa dni zamiast jednego 🙂

Jedzenie, czyli moje włoskie wakacje w Londynie

Jak wspomniałam we wstępie, podczas tego wyjazdu mieliśmy strasznego kulinarnego fuksa. Chociaż w zasadzie żaden z posiłków, które zjedliśmy na mieście, nie był poniżej oceny dobrej, to nasze serca zostały podbite przez dwa lokale – zajmujące się włoską kuchnią.

Pierwszym z nich była włoska restauracja Princi (135 Wardour Street), serwująca przede wszystkim pizze i makarony. Ja i Wojtek znaleźliśmy ją przez przypadek w zeszłym roku. Weszliśmy do niej prosto z ulicy i byliśmy zachwyceni. Stąd też wiedziałam, że nie odpuszczę okazji, żeby zawitać do niej raz jeszcze.

Princi wzięło swoją nazwę od nazwiska właściciela – Rocco Princiego. W 1985 założył on w Mediolanie piekarnię (notabene: nadal istnieje), która przyciągając rzeszę klientów pozwoliła na dalszą rozbudowę kulinarnego królestwa. Koleje losu, które zaprowadziły Princiego do centrum londyńskiego Soho, niestety nie są mi znane, ale jedno jest pewne: próbując ciasta oferowanych w lokalu pizz, piekarniane korzenie właściciela są więcej niż oczywiste.

Pizze robione są w stylu zbliżonym do neapolitańskiego: ciasto jest cienkie, delikatne i pachnące. Michał w swoim zachwycie powiedział, że gdyby dostał samo ciasto i oliwę, to i tak wyszedłby zadowolony 🙂 Lokal dzieli się na dwie przestrzenie – restauracyjną oraz barową, więc jeśli nie macie czasu, to można wejść tam na chwile i w części barowej chwycić po prostu przygotowany wcześniej kawałek!

Dla kontrastu druga knajpa, o której chcę Wam powiedzieć, jest trochę mniej fancy, a mowa o sieciówce Spaghetti House. My trafiliśmy do lokalu na Great Marlborough Street, dosłownie naprzeciwko słynnego domu towarowego Liberty. Sieciówkowość przejawia się jednak głównie w umiarkowanych cenach, bo cała reszta nie odbiegała od tego, czego możemy spodziewać się po dobrej restauracji – obsługa była niezwykle miła, wystrój klimatyczny, a dania spore. Michał miał szczególne szczęście, ponieważ jego carbonara była jedną z najlepszych, jakie próbowałam w życiu. Aż było mi trochę przykro, kiedy ja i Wojtek walczyliśmy z naszą mega 2-osobową porcją bolognese, które też zresztą było pyszne.

Zwiedzamy dalej!

Oczywiście oprócz Top Drawer udało nam się zobaczyć w Londynie znacznie więcej ciekawych rzeczy. Po targach musieliśmy chwilę odpocząć i coś przekąsić, więc udaliśmy się do pobliskiej restauracji sushi, a z niej ruszyliśmy do równie niedalekiego Design Museum.

Chociaż miejsce ma w nazwie muzeum, to nie powinniśmy dać się zwieść – wystawy obejmują też to, co dzieje się w designie obecnie. My wybraliśmy się na płatną wystawę, na której zobaczyliśmy zbiór prac z różnych dziedzin – od IT, po modę – wyróżnionych nagrodą Beazley Design of the Year.

Następnie obeszliśmy darmowe ekspozycje: jedną o redukowaniu odpadów przez ludzi podróżujących długimi lotami, serię instalacji dźwiękowych oraz stała wystawę, która stanowi wprowadzenie do zbiorów muzeum pokazując różne gałęzie designu na przestrzeni ostatniego wieku.

Następny dzień był już znacznie luźniejszy. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i metrem dotarliśmy do stacji Angel. Po co? Żeby zwiedzić dwa malutkie sklepiki z artykułami papierniczymi: Present & Correct, które zaskoczyło nas vintage’owymi utensyliami oraz Quill, które skupia się na kaligrafii.

Wróciliśmy do centrum i błądząc po uliczkach Soho znaleźliśmy cudowny, malutki dessert shop – Crème. Z początku zachęcił nas do niego jego front i przykuwające uwagę logo, ale zaraz po wejściu naszą uwagę zwróciły duże, apetycznie wyglądające ciastka… no i kolejka. Zawierzyliśmy tłumowi i nie zawiedliśmy się: ciastka były przepyszne i mega sycące!

Popołudniu za to, przechadzając się po Covent Garden, weszliśmy do dwóch sklepów odzieżowych. Melissa, która zajmuje się obuwiem zachwyciła nas sposobem prezentacji produktów, który przywoływał na myśl galerię sztuki, natomiast sklep marki kosmetykowej Glossier… no cóż, musicie zobaczyć to sami.

Szczęśliwy powrót

Muszę przyznać, że w okresie zimowym powroty do Polski z wyjazdów kojarzą mi się z przykrą koniecznością zaklimatyzowania się na nowo w szaroburej rzeczywistości. Tym razem jednak było inaczej: w czwartek spakowaliśmy się i ochoczo ruszyliśmy na dworzec Paddington, z którego odjeżdżał nasz bus na lotnisko. Towarzyszyły nam dobre nastroje – wyjazd przyniósł masę inspiracji, ale i rozrywki. Cieszyliśmy się, że zbliża się weekend, podczas którego będziemy mogli te wszystkie wrażenia przetrawić w naszych domach i odpocząć od nawału przeżyć, których siłę, mam nadzieję, choć częściowo udało mi się przekazać w tym wpisie 🙂


o Autorze
Avatar
Joanna jest założycielką Instacademy - miejsca, które promuje wiedzę dotyczącą Instagramu. Zdobyła doświadczenie tworząc od zera jedną z najbardziej zaangażowanych grup odbiorców marki w Polsce (130 tysięcy fanów), a następnie powtarzając ten sukces na swoim prywatnym profilu. Kocha podróże, dobre jedzenie i swojego kota Puszka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *