Co zabrać na konferencję marzeń?

Lecimy do Nowego Jorku! W majówkę wyruszamy na szczególną wyprawę, podczas której zrealizuję jedno z moich największych marzeń – wezmę udział w konferencji dla girl bosses – Create & Cultivate. Organizacja takiego wyjazdu nie jest prosta. Załatwienie formalności i zaplanowanie wszystkiego to jedna rzecz, ale prawdziwy problem, to jak wyglądać dobrze na imprezie, na której większość uczestników to celebrytki, znane businesswomen, a ja jadę na nią prosto z lotniska? Jeśli chcecie dowiedzieć się, czego dotyczy konferencja, dlaczego chcę na nią jechać i co biorę ze sobą – koniecznie czytajcie dalej!

Wzięcie udziału w konferencji Create & Cultivate jest moim marzeniem od dawna. W trakcie tej wyjątkowej imprezy poruszane są istotne tematy dotyczące nowoczesnych, pracujących kobiet: od przyziemnych kwestii związanych z inwestowaniem kapitału, czy budowaniem własnej marki, po socjologiczne rozważania nad rolą diversity i polityki w miejscu pracy. Wszystko to zorganizowane i prowadzone jest przez kobiety, a naczelną ideą całego cyklu jest pokazywanie, że siła kobiet powinna płynąć ze wzajemnego wsparcia. Na zdjęciach z poprzednich edycji można zobaczyć na przykład wielkie plansze z napisami „collaboration over competition”, czyli „współpraca ponad rywalizacją”. Krótko mówiąc: #girlpower 🙂 Koniec końców prestiżu dodają znani goście z bardzo różnych dziedzin biznesu. Ja jadę zobaczyć i posłuchać kobiety, która megainspiruje mnie contentem, który tworzy. Ale zanim o niej…

Żółty problem

Na pewno kojarzycie mój szczęśliwy żółty garnitur. Kupiłam go, żeby zapozować w nim na okładkę mojej ostatniej książki o Stories. Chociaż nie byłam go do końca pewna, to od razu po założeniu poczułam się w nim świetnie. Stwierdziłam, że w takim razie muszę ubrać go na nasz event z okazji urodzin bloga. Kaya Wegewróżka, kiedy tylko go zobaczyła stwierdziła, że to dobry znak, ponieważ żółty kolor oznacza moc.

Create & Cultivate to nie tylko panele dyskusyjne, ale też pretekst do networkingu – chociażby w postaci pre-party, które będzie miało miejsce przed konferencją. Chociaż jestem z natury otwartą osobą i łatwo nawiązuje kontakty, to stwierdziłam, że na takie spotkanie nie tylko chcę wyglądać super i wyróżniać się z tłumu, ale też chcę mieć coś, co przyniesie mi odrobinę szczęścia. Chyba wiecie już na jaką kreację padł mój wybór 🙂

Niestety, tutaj pojawił się drobny problem. Jak po podróży doprowadzić mój strój do porządku? Specjalna torba na garnitur nie wchodziła w grę – zwyczajnie nie zabrałabym się ze wszystkimi tobołami. Niestety nie śpimy w wymyślnym hotelu, żeby liczyć na obsługę, która załatwiłaby tę sprawę za mnie, a żelazko… Cóż powiedzmy, że ja i żelazka nie lubimy się za bardzo.

Krótka dygresja o żelazkach

Na wstępie zaznaczę, że osobiście nie mam nic do żelazek – są to bardzo pożyteczne urządzenia. U nas w domu za sprawą Wojtka, który prasuje wszystko, żelazko chodzi niemal cały czas. Sęk w tym, że ja totalnie nie potrafię się nimi posługiwać – albo przypalę ubranie, albo siebie (bo zawsze oczywiście zajmuję się tym w biegu). Wojtek jak tylko widzi, że zaczynam prasować, to wyrywa mi wszystko z rąk i robi to za mnie (w dodatku świetnie!) 😀 

Wszystko to w połączeniu z rozmiarami żelazek, ich brakiem ergonomiczności oraz faktem, że totalnie nie wiem skąd miałabym na miejscu wytrzasnąć deskę do prasowania, zostawiło mnie delikatnie zagubioną w zaistniałej sytuacji. Rozterkom jednak nie było końca…

Tory i Tezza

Życie, jak wiemy, składa się z ciągłych wyborów, a przede mną stał jeden z cięższych: jaki tor wybrać.

Zaraz, zaraz, jaki tor, ale o co chodzi? Okazuje się, że konferencja nie ma jednego programu, ale dwa różniące się od siebie tory wypełnione niezwykle ciekawymi panelami. Pierwszy skupia się na byciu przedsiębiorcą, na rozwoju swojej kariery i brandu, a drugi nastawiony jest na social media, marketing i tworzenie contentu. Osoby z normalnymi biletami losują swój tor, natomiast ja przez to, że pokrętne koleje losu zmusiły mnie do zakupu biletu VIP (kto ogląda moje stories, ten wie o co chodzi :D), dostałam możliwość wyboru programu.

Wybór ten był dla mnie wyjątkowo ciężki. Znam się już troszkę na marketingu w social mediach i tworzeniu contentu, dlatego pomyślałam, że wybiorę program, dzięki któremu mogłabym nauczyć się czegoś o biznesie. Z drugiej strony, idąc torem biznesowym nie zobaczyłabym kobiety, która stanowi dla mnie ogromną inspirację i która była dla mnie największą motywacją, żeby zdecydować się na wyjazd na tę konferencję. Mowa tutaj o Tezzie.

Tezza to jedna z największych instagramerek na świecie, ale uważam, że jej siła wychodzi poza ramy tej aplikacji. Ja traktuję ją jako artystkę. Jej kadry, to jak pozuje, a później obrabia swoje materiały, sprawiają, że porusza ona gusta całego świata i dyktuje trendy. Jest moją idolką i strasznie chciałam zobaczyć ją na żywo.
Podsumowując: stałam w rozkroku. 

Rozwiązanie przyszło z nieba

W międzyczasie odezwał się do mnie Philips z zapytaniem o współpracę. Nie wiem, czy mają podsłuch w naszym biurze, czy po prostu czytają mi w myślach, ale chcieli, żebym zrecenzowała ich podróżną parownicę do ubrań. Zastanawiam się, czy powinnam używać tak mocnych słów jak „boska interwencja”, więc zostańmy przy tym, że nagle rozwiązania obu moich problemów wpadły mi do głowy jak grom z jasnego nieba 🙂

Pomyślałam sobie: „Aśka, przecież ty już jesteś twórcą contentu działającym w social mediach i radzisz sobie nie najgorzej, skoro zgłaszają się do Ciebie tak duże marki”, przed oczami stanęła mi parownica. „Chyba jednak powinnaś wybrać program dotyczący biznesu – dzięki temu nauczysz się więcej.” BUM! – W ten sposób jeden problem miałam z głowy. Teraz tylko muszę wybłagać organizatorów, żeby pozwolili mi w drodze wyjątku pójść na panel z Tezzą 😀
Natomiast, co do mojego garnituru…

Para w ruch

Kiedy parownica pojawiła u mnie, miała dla siebie godnego przeciwnika – Nina przyniosła swoje malutkie podróżne żelazko i zaoferowała, że w podróży to ona zajmie się jego obsługą. Nie jestem fanką trzymających w napięciu recenzji, więc powiem wam od razu – na moje potrzeby parownica wygrała w przedbiegach. Dlaczego?

Przede wszystkim szybkość i wygoda – Ubranie zawiesiłam na wieszaku (chociaż mogłam po prostu położyć je na łóżku), do parownicy nalałam wody, a ona sama nagrzała się bardzo szybko. Zanim Nina znalazła wygodne miejsce, żeby rozstawić deskę i podłączyć żelazko do prądu, ja już kończyłam wygładzać zagniecenia. Podobało mi się, że outfit pachniał świeżo, a szczęście dopełniała myśl o tym, że w Nowym Jorku nie będę musiała dokonywać ogromnych przygotowań, żeby dopracować wygląd mojej stylizacji.

Zero ryzyka – Nie jestem jedną z tych osób, które potrzebują adrenaliny, żeby żyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o moje ubrania. Parownica rozgrzewa się do bezpiecznej temperatury, więc nie zdarzy się sytuacja, w której wyświecimy strój, który odświeżamy, albo zrobimy krzywdę sami sobie.

Ergonomia – Ostatnim był test plecaka. Wstyd się przyznać, ale cały czas nie rozpakowałam plecaka po powrocie z Wietnamu. Stoi smutny, zapakowany po brzegi ubraniami i czeka, aż ktoś się nim zajmie. Bardzo dobrze, że tak się stało – bo posłużył nam do prostego eksperymentu. Najpierw próbowałyśmy upchnąć do niego żelazko. Nic z tego nie wyszło, musiałabym wyjąć sporo ubrań, żeby się to udało. Natomiast parownica po drobnych roszadach zmieściła się niemal bez problemu. Podłużny, lekko zagięty kształt jakoś tak wpasował się między rzeczy, że ja i Nina spojrzałyśmy po sobie nie mogąc uwierzyć.

Tutaj jednak zaznaczę, że Wojtek musiał dorzuć swoje ale. On prasuje bardzo dużo, często są to na przykład koszule po praniu, które są bardzo mocno pogniecione. Przy próbie doprowadzenia takiej koszuli do ładu uznaliśmy, że parownica sprawdza się lepiej przy lżejszych zadaniach. Do tego niewielki zasobnik wody mógłby z pewnością stać się problemem przy dłuższej sesji. 

Na koniec Wojtek stwierdził jednak, że i on na wyjazd zabrałby raczej parownicę – o ile tylko mógłby przeprasować uprane ubrania w domu, a nasz poręczny sprzęt miałby za zadanie odświeżyć je w podróży.

Lista ratunkowa

Teraz, kiedy dwa największe problemy miałam już z głowy, przyszedł czas na skompletowanie i spakowanie całej reszty potrzebnych rzeczy i ubrań. Tutaj znów na pomoc przyszła mi Nina i przygotowała mi listę to-pack, dzięki której wiem, że na pewno niczego nie zapomnę. Listą dzielę się z Wami poniżej i mam nadzieję, że przyda się w Waszych spełniających marzenia ekspedycjach 🙂


o Autorze
Avatar
Joanna jest założycielką Instacademy - miejsca, które promuje wiedzę dotyczącą Instagramu. Zdobyła doświadczenie tworząc od zera jedną z najbardziej zaangażowanych grup odbiorców marki w Polsce (130 tysięcy fanów), a następnie powtarzając ten sukces na swoim prywatnym profilu. Kocha podróże, dobre jedzenie i swojego kota Puszka.

7 komentarzy

  1. Ja bym dodała tylko podpaski i trochę więcej leków 🙂 nam uratowały życie, kiedy w niedzielę na zagranicznym lotnisku narzeczony dostał gorączkę, nie miałam termometru ale prawdopodobnie koło 39 stopni 🙁

  2. Super wpis i mega pomocny! ❤️
    Mam tylko pytanie co z butelką filtrującą przy odprawie? Jak się ma do tych wszystkich ograniczeń pojemnościowych? 🤔

  3. Kurczę, totalnie popieram – Tezza oferuje znacznie więcej niż ładne zdjęcia na Insta. Również pobożnie ją śledzę i jestem fanką całej tej kolorystyki, stylu, pozowania, głosu (bo również śpiewa!) i podziwiam, że z mężem wydali apkę, która jest taka chodliwa 😉

    A parownica prezentuje się rewelacyjnie. Mi samej przydałoby się coś podobnego. Zawsze pakuję torbę na maxa, więc po dotarciu na miejsce wszystko jest pogniecione… A potem często trzeba dopraszać się o deskę i żelazko w hotelu. Do tego dodajmy, że na wyjazdach jednak zazwyczaj poluję na wschody, więc jeśli miałabym prasowanie pozostawić na ostatni moment, to pewnie na te wschody bym nie docierała 😛

    Udanego pobytu w NYC i na konferencji i na pewno będę śledzić relacje 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *