fbpx

Miał być ślub…

Nie minął nawet tydzień od naszego ślubu i pomyślałam, że powinnam spisać emocje, póki są jeszcze żywe i świeże. Muszę Wam się przyznać, że ja całe życie nie rozumiałam konceptu hucznego wesela i zaślubin. Wydawało mi się to dość abstrakcyjne wydawać duża kwotę na przyjęcie. Zawsze powtarzałam: za te pieniądze polecę gdzieś daleko, a ceremonia będzie w gronie bliskich – nie mam dużej rodziny, wiec plan wydawał się być banalny do zrealizowania.

Potem nie było wielu chwil by o tym myśleć. Nie byłam nigdy dziewczyną, która wymaga, czy też wyczekuje oświadczyn. Oczywiście im nasza relacja z Wojtkiem robiła się poważniejsza i plany odleglejsze, rozmawialiśmy o tym, czy chcemy się pobrać i jak to widzimy. To bardzo ważne, by w takich fundamentalnych kwestiach mieć podobne zdanie, tak przynajmniej my uważamy.

W styczniu tego roku, na Bali, w schowanym w dżungli namiocie Wojciech rano zaczął czegoś gorączkowo szukać pod poduszką… a potem to już sami wiecie. Cały dzień spędziliśmy ciesząc się sobą i patrząc w zieloną otchłań… ale jeszcze tego samego dnia zaczął się temat ślubu! I tak od słowa do słowa, uznaliśmy, że nie ma co czekać, że nie wyobrażam sobie rezerwować datę ślubu na 2 lata do przodu, że oboje tego chcemy i… że bierzemy się za organizację. Tu i teraz. Więc ja opowiadam o małej, skromnej ceremonii, my, rodzice, rodzeństwo, ciocia, wujek… a Wojtek na to: skromna? Moja najbliższa rodzina to 50 osób! Cha, cha… Co?! Co z nasza podróżą dookoła świata, co z mini garden party… Wtedy zrozumiałam, że siłą rzeczy nasi najbliżsi to ponad 100 osób! I nie ma mowy by kogoś zabrakło. I tak zaczęła się organizacja WESELICHA!

W lutym i marcu odwiedziliśmy kilka targów ślubnych, znaleźliśmy idealne miejsce (nowoczesną stodołę) i wtedy jeszcze myślałam, że uda mi się ogarnąć wszystko w pojedynkę. Wiosną moja sytuacja rodzinna sprawiła, że miałam więcej obowiązków oraz spadł na nas prosto z nieba temat mieszkania do wykończenia. W zasadzie tamten czas pamiętam, jak przez mgłę. Działo się tyle, że samej myli mi się chronologia, wyjazdy, praca, obowiązki w domu, remont, ślub… To wszystko potoczyło się tak szybko, życie napisało dość chaotyczny scenariusz, ale nie mogliśmy się wycofać.

Ewa, nasza wybawicielka!

Wtedy pojawiła się EWA! Ewa, która napisała: Joanna, nie potrzebujesz pomocy przy ślubie? A ja wtedy pomyślałam sobie, jasna cholera OCZYWIŚCIE, ŻE TAK!

Już pierwsze spotkanie z Ewą sprawiło, ze poczułam… jak w czarnej dziurze jesteśmy. Pytania: wysłaliście zaproszenia? Macie ekipę video? Catering? Noclegi? Transport? Asia: makijaż? Włosy? Uh… zrobiło mi się gorąco, ale Wojtek powiedział po wszystkim: Ewa jest mega profesjonalna i konkretna, z nią damy radę, zobaczysz!

I tak właśnie było. To Ewa uświadomiła nam, że miejsce, które wybraliśmy na początku jest za małe… i miała rację! Wtedy jednak, kiedy stałam na tarasie i uświadomiła mi to z Agnieszką (z firmy Rent Design Wedding – wybieraliśmy tego dnia krzesła), która ma ogromne doświadczenie eventowe wiedziałam już, że gorzej być nie może. Stres, płacz, jak my zorganizujemy to wszystko od nowa? W niecałe dwa miesiące?! Były już noclegi, plan… Na szczęście jakimś cudem nie wysłaliśmy zaproszeń, coś nad nami czuwało. Ewa od razu zaczęła działać, jeszcze w drodze powrotnej do Warszawy wykonała kilka telefonów i na drugi dzień już była w nowo otwartym miejscu. Zadzwoniła do mnie po wizycie i powiedziała: Asia – pokochasz to miejsce, dopiero skończyli to urządzać!

Cicha 23

Pojechaliśmy do Marek, do Cichej 23… i przepadłam, aż teraz mam ciarki kiedy to pisze. To miejsce nawet mi się nie śniło, było tak piękne, tak magiczne. Wiedzieliśmy od razu z Wojtkiem, że to jest TO! Jak widać los tak chciał. Kiedy szukaliśmy miejsca, ich jeszcze nie było.

Dzięki temu, że było nowe oraz, że to był piątek 13-ego z terminem nie było problemu. W zasadzie dzięki tej 13-tce z niczym nie mieliśmy problemu, cha cha! Wszyscy byli wolni, kogo nie spytaliśmy! Dlatego udało nam się skompletować tak wspaniała ekipę!

A potem poszło już z górki, najwięcej czasu zajęło mi szukanie miejsca noclegowego na prawie 100 osób (większość rodziny Wojtka jest z całej Polski) i na poprawiny! Mimo wszystko wrzesień się zbliżał i z pomocą Ewy poszło gładko, ona po kolei odhaczała tematy: zaproszenia, makijaż, dekoracje…

Zdradzę Wam, że przez tę moją pracę, którą jest bycie w sieci i bycie w kontakcie z Wami, miałam zagwozdkę: jak to zrobić ze zdjęciami. Chciałam bardzo zostawić coś dla siebie, ale też czułam ogromną radość z możliwości podzielenia się z Wami tym dniem. Pomyślałam, że rozdzielę to i dlatego mieliśmy dwie ekipy fotograficzne. Ania Ulanicka, którą na pewno znacie już z wielu moich sesji, robiła zdjęcia, które pojawia się w sieci, na blogu itp, są to też zdjęcia dla marek, które towarzyszą mi na co dzień (Apart i Neonail). Druga ekipa robiła zdjęcia takie dla nas, prywatne, z rodziną itp. Na zdjęciach w sieci pojawimy się My i przyjaciele, którzy zgodzili się na publikacje, resztę zamykam w domowym albumie. Dzielę się tym rozwiązaniem , bo wszyscy bardzo ciepło przyjęli ten pomysł.

Ania Ulanicka, czyli moja ulubiona fotografka w mieście!

To co? Zaczynamy przygotowania! Mamy czwartek, doba przed ślubem. Przyjechaliśmy z Agatą i Anią na miejsce, by zobaczyć pierwsze dekoracje i przećwiczyć sobie ceremonię. To mnie najbardziej stresowało: czy będę wiedziała, co robić i kiedy?! Jak zwykle pomogła Ewa. Co prawda parę razy się pomyliłam, ale myślę, że rodzina nawet nie zauważyła, cha cha!

Moja reakcja po wejściu na sale… te kwiaty i wszystko było takie piękne!

Jeśli chodzi o dekoracje, to to jest zabawna historia. Zajęły sie nimi dwie bardzo utalentowane dziewczyny – Ola i Milena. Każda z nich prowadzi swoją firmę z dekoracjami i ktoś mógłby pomyśleć: oho przecież są konkurencją?! Dziewczyny były obecne w moim życiu wiele razy i nie umiałam zdecydować się tylko na jedną z nich. Olę poznałam przy okazji współpracy z Apartem – robiła balonową scenografię na ich evencie, a potem naszą strefę instragramową na See Bloggers. Wiedziałam, co potrafi, znałam jej wyobraźnie i wręcz wiedziałam, że nie mogło jej zabraknąć.

Ola zdradza mi tajniki zwilżania obrusu, czyli jak wyprasować tkaninę bez żelazka!

Milenę poznałam przez Instagram, ma energię jak ja, idzie po swoje, to człowiek czynu! Znalazła mój numer telefonu i któregoś razu przegadałyśmy dobre 45 minut wisząc na telefonie. Później zaprosiła mnie do swojej nowej kwiaciarni, wręczyła przepiękny box z peoniami… Wtedy pomyślałam sobie, jak ja mam wybrać?! Obie uwielbiam, obie są takie utalentowane… Więc postawiłam je przed faktem dokonanym. Powiedziałam: Laski, na ślubie JB tworzycie team! Kocham Was tak samo, wiec działajmy razem!

Z Mileną, królową kwiatów!

Do naszego kreatywnego teamu dołączyła Klaudia, którą poznałam na swoich 25tych urodzinach. To młoda mama i businesswoman, ma kilka firm i również wspierała nas na naszym weselu! Wszystkimi koordynowała Ewa i tak oto powstała nasza ekipa!

Za całą koordynację odpowiadała – Ewa
Za dekoracje – Ola MyBigDay
Za dekoracje kwiatowe – Milena Flower Store
Za personalizowane dekoracje – Klaudia OdDeski

Milena w szale przygotowań!
Ja – nie wierzę, jakie mam szczęście do ludzi i powstrzymuje znowu łzy!
A tu widać super usadzenie gości, które wymyślił Wojtek – podkowa z trzema „nogami”.

Cały koncept to wynik naszej wspólnej burzy mózgów i wielkiej tablicy na Pinterescie. No dobra, to zaczynamy naszą czwartkową wizytę w Cichej 23. Musieliśmy skończyć plan stołów. Jak wiecie z mojej relacji, nasz plan stołów nie był klasyczny. Bardzo mi zależało by w trakcie wesela robić rzeczy, których nigdzie indziej nie widziałam! Zamiast typowej rozpiski gości, przygotowaliśmy zdjęcia wszystkich osób, wydrukowaliśmy na drukarce do polaroidów (Instax SQ Share) i to był super pomysł – nawet zdjęcia małej rozdzielczości wyszły genialnie! Z tyłu każdego zdjęcia napisaliśmy numer stołu, a samo zdjęcie było super pamiątka dla każdego!

Ola wyczarowała przepiękne naczynia, które zrobiły cały klimat i do tego zrobiła własnoręcznie serwety farbowane metoda tie-dye… efekt? Moja mina chyba mówi sama za siebie!

Ja po zobaczeniu serwet po raz pierwszy!
Ania widziałaś te serwety??!!

Dziewczyny z Flower store tworzą dekorację, która zawiśnie nad naszym stołem. Jak to powiedział mój teść: Jak to? Nie ma żadnego serduszka czy gołąbków za nimi? 😀

Ewa wyczarowała nam taki neon, ja nie wiem, jak ona to robi, ale wysyłała mi link i pytała: zamawiać? Ja mówię: Tak! I rzeczy po prostu się działy! Neon zabłyśnie przy głównym wejściu!
Trochę babskich spraw, czyli oglądamy nasze ślubne mani!
Wojciech, wiesz, że jesteś szczęściarzem? Będziesz miał najfajniejsze wesele na świecie!

Resztę dekoracji pokaże Wam pisząc drugi wpis i publikując zdjęcia z samego ślubu. Póki co, to tyle! Zabieram się za kolejny tekst, przygotujcie się na ogromna ilość zdjęć!


o Autorze
Avatar
Joanna jest założycielką Instacademy - miejsca, które promuje wiedzę dotyczącą Instagramu. Zdobyła doświadczenie tworząc od zera jedną z najbardziej zaangażowanych grup odbiorców marki w Polsce (130 tysięcy fanów), a następnie powtarzając ten sukces na swoim prywatnym profilu. Kocha podróże, dobre jedzenie i swojego kota Puszka.

11 komentarzy

      1. Zastanawia mnie, kiedy ludzie przestaną zaglądać do cudzych portfeli… Dla jednego 20 tysięcy to mało dla drugiego dużo. Takie komentarze są zupełnie nie na miejscu.

        Asiu – pięknie wyszło! Przygotowania to przemiła rzecz 🙂 a takie piękne to już w ogóle 🙂
        Gratuluję 🙂 i czekam na więcej 🙂

  1. Wszystko wygląda magicznie i nasuwa się myśl, że ten piątek 13-go przyniósł wam szczęście 🙈. Świetnie, że trafiłaś na takie rekiny organizacji, bo całość to majstersztyk! Buziaki!

  2. “Wojciech, wiesz, że jesteś szczęściarzem? Będziesz miał najfajniejsze wesele na świecie!”
    Ja uważam, że Wojciech jest szczęściarzem, bo ma za żonę najfajniejszą Joasię na świecie. Dużo szczęścia, miłości i samych słonecznych dni Wam życzę🥰

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *