Jak na nowo pokochałam wysiłek fizyczny – historia prawdziwa

Początek stycznia to według mnie szczególny czas. Wszyscy, ciężsi o przynajmniej 1,5kg, odeszliśmy już od stołów i ruszyliśmy w nowy rok! Takie warunki sprzyjają stawianiu sobie trudnych celów związanych ze sportem i naszymi ciałami: schudnąć na tyle, żeby zmieścić się w sukienkę sprzed 2 lat, ogarnąć perfect summer body do czerwca, itd. Ja też przez to przechodziłam, ale w tym roku jest zupełnie inaczej! W tym wpisie przeczytacie, jak zmieniłam podejście do sportu i co mi w tym pomogło – ale najpierw…

Jak przestałam się ruszać i pokochałam lenistwo

Jako dziecko i nastolatka byłam prawdziwym sportowym świrem. WF był moim ulubionym przedmiotem, w szkołach należałam do każdej możliwej reprezentacji, brałam udział w zawodach (z sukcesami!) i chodziłam na tak wiele sportowych zajęć pozalekcyjnych, na ile tylko pozwalał mi czas. Sport był ogromną częścią mojego życia i sprawiał mi ogromną radość.

To ja na obozie sportowym w 2009 roku.

Kilkukrotnie opowiadałam, że bardzo wcześnie zaczęłam pracować na etacie, bo już w wieku 19 lat. Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki (choć raczej tego złego czarownika) stałam się wtedy niewolnikiem biurka i wielogodzinnego dnia pracy. Bywały okresy, które składały się w całości tylko z pracy i snu… Oczywiście to spowodowało, że przestałam się regularnie ruszać, przybyło mi kilogramów, a okazjonalna aktywność tylko mnie irytowała.

Największa wymówka

Od dłuższego czasu kiełkowała już we mnie myśl, że muszę się ogarnąć. Jednak prawdziwym motorem napędowym stały się dla mnie słowa mojej kumpelki Kasi, która jest aktywna non stop i też jest bloggerką. Powiedziałam jej, że ja często nie mam czasu wcisnąć w grafik spotkania z rodziną, a co dopiero ćwiczeń. Wtedy Kasia powiedziała do mnie:

Okej, ale przecież codziennie spędzasz czas odpisując na maile, wiadomości, komentarze, obrabiasz zdjęcia, przygotowujesz stories, dodajesz do nich podpisy. I co wtedy robisz?
Chwila zastanowienia.
Noo, zazwyczaj siedzę przy biurku, albo leżę na kanapie…
I wtedy Kasia zesłała na mnie oświecenie.
A co gdybyś siedziała wtedy na rowerku na siłowni i robiła to samo?
No i tak to się u mnie zaczęło.

Dzięki poradom Kasi zrozumiałam, że mogę połączyć dwie aktywności w jedną i zaczęłam ćwiczyć w miarę regularnie. Wydawało mi się wtedy, że pokonałam największą wymówkę, jaką ludzie (i ja sama przecież) mówią sobie, żeby nie zacząć ćwiczyć: brak czasu. No i właśnie – w mojej głowie słowo wymówka wiązało się z lenistwem, że po prostu nam się nie chce. Ja obserwując siebie i swoich znajomych przekonałam się, że jest to znacznie bardziej złożone.

100% albo nic

Mam wrażenie, że największym błędem logicznym towarzyszącym aktywności fizycznej jest myślenie w zero-jedynkowych kategoriach – albo wszystko, albo nic. Najczęściej spotykałam się z myśleniem, że albo robi się pełny (cokolwiek to znaczy) trening, albo się nie liczy. Treści dotyczące profesjonalnego fitnessu zalewają nas z każdej strony i co chwila jakiś trener wyskakuje nam z lodówki mówiąc, że trening powinien trwać tyle i tyle, rozgrzewka nie może być krótsza niż X, a jak się nie rozciągniemy to robimy sobie straszną krzywdę. Nie idę dziś na trening, bo nie dam rady zrobić 20 minut cardio po siłowym – niech przyzna się, kto nie miał nigdy podobnej myśli. A przecież lepiej jest zrobić mniej, niż nic!

Kolejnym zero-jedynkowym demotywatorem jest panujące w społeczeństwie przekonanie, że niektóre rodzaje ruchu są bardziej „serio” niż inne. Na pewno część z Was przeżyła historię typu zapisałam się na zumbe i znajomi wyśmiali mnie, bo nic na tym nie schudnę. A, no to faktycznie, to po co w ogóle się ruszać, co nie? TO TAK NIE DZIAŁA.

Czasami odwlekamy rozpoczęcie regularnych ćwiczeń, bo czujemy, że „moment jest taki, że się nie opłaca”. Nie będę zaczynać teraz ćwiczyć, bo za 2 tygodnie jadę na wakacje, później są urodziny Maćka, a potem to wracam do pracy, więc będę musiała się najpierw odgrzebać z zaległości. Ale no właśnie, to się wiąże z poprzednim punktem: regularna aktywność fizyczna to nie musi być doskonale zaplanowana sekwencja ćwiczeń na maszynach dostępnych tylko na siłowni. To może być postanowienie, że będę codziennie robić 10 000 kroków, że 2 razy w tygodniu zrobię kilka pompek, przysiadów i brzuszków, a nawet to, że będziemy wybierać schody zamiast windy. Każdy ruch się liczy.

No i ostatnia kwestia, która trochę podsumowuje cały problem: poczucie, że albo jest się w 100% fit, albo nie jest się w ogóle. Według mnie w wyniku różnych zewnętrznych presji – mediów, rodziny, znajomych – zaczęliśmy stawiać wobec siebie niemal nierealne oczekiwania dotyczące zdrowego stylu życia. Łatwo zaczynamy myśleć, że nie możemy od czasu do czasu zjeść sobie pączka albo pizzy, albo że jak nie zrobimy treningu 3 razy pod rząd to już wszystko zaprzepaszczone. Ja sama całkowicie wpisywałam się w ten problem: zdarzało mi się w pędzie zjeść niezdrowe śniadanie, więc wiadomo – już tego dnia poniosłam porażkę w byciu fit i nie ma po co iść na trening. Gdzie w tym jakiś umiar? Gdzie miejsce na to, żeby dać sobie przestrzeń na traktowanie swojego zdrowia, jako przyjemność, a nie obrzydliwie ciężką i nieprzyjemną pracę?

Zegarek, czy czarodziejska różdżka?

Ja oczywiście też mierzyłam się z takim głupim myśleniem i bardzo wpływało ono na moje samopoczucie. W konsekwencji nie uprawiałam tyle sportu, ile bym chciała. Na szczęście w moim życiu pojawiło się narzędzie, które zmieniło to podejście.

W lipcu odezwała się do mnie marka Fitbit z pytaniem o współpracę. Fitbit jest producentem smartwatchów, których najważniejszą funkcją (przynajmniej dla mnie) jest liczenie i pokazywanie nam ilości wysiłku fizycznego, który podejmujemy na co dzień. Oczywiście nie byłam przekonana, no bo jak ja – totalny lebiega – miałabym reklamować produkt dla sportowych freaków. Powiedziałam więc, że wypróbuję zegarek, ale nie mogę nic obiecać. Okazało się, że Fitbit odczarował dla mnie aktywność fizyczną.

Analizując każdy mój krok, pokonany stopień, treningi, zegarek uświadomił mi, że NAPRAWDĘ każdy ruch się liczy. Dlaczego? Bo nagle po zsumowaniu wszystkiego, co robię, okazało się, że ja spalam więcej kalorii wykonując takie totalnie codzienne czynności (spacer do biura, czy wchodzenie po schodach), niż na siłowni, czy na basenie. To otworzyło mi oczy i na maksa zdjęło presję z moich treningów przez to, że poczułam, że nie idę ćwiczyć, żeby spalić ileś tam kalorii, tylko robię to, bo czuję się lepiej. Treningi przestały być dla mnie wyizolowanym czasem na bycie fit, a za to dostrzegłam, że są po prostu częścią ogólnego, zdrowszego trybu życia, który staram się prowadzić.

Nie znaczy to jednak, że Fitbit nie wpłynął na moje treningi. Nie będę ukrywać, że mimo tego, co właśnie napisałam, ja lubię wiedzieć, że na przykład po 40 minutowej sesji na rowerku spaliłam X kalorii. Pomimo tego, że robię to, żeby czuć się lepiej, a nie chudnąć, to taka konkretna liczba jakoś przemawia do mojej natury zadaniowca i działa jako motywacja. Zanim zaczęłam używać Fitbita, to zawsze patrzyłam ile spaliłam po prostu na maszynie, z której w danym momencie korzystałam. I co? Czasami czułam się zdemotywowana, bo okazywało się, że po 40min udało mi się pozbyć 300kcal, a przecież wiemy, że jeden pączek to około 500… Nie bierzemy jednak pod uwagę, że maszyny często nic o nas nie wiedzą: nie wiedzą ile ważymy, w jakim jesteśmy wieku, jakie tętno utrzymywaliśmy podczas ćwiczenia i ich pomiar nie jest dokładny. Kiedy zaczęłam używać zegarka Fitbit okazało się, że po prostu spalam więcej, niż pokazuje pomiar na rowerku, czy na bieżni. Od razu zaczęło chcieć mi się bardziej ćwiczyć!

Powody, dla których ćwiczymy mogą być różne. Jedna osoba będzie to robić, żeby osiągnąć wymarzoną sylwetkę, inna dla zdrowia, kolejna dla samopoczucia, a z pewnością jest też duża część osób, która robi to z każdego powodu po trochu. Ja uważam, że Fitbit pomoże każdej z nich, czy to zamieniając codzienny ruch w zadania do wykonania, czy po prostu natychmiastowo pokazując konkretne efekty i wpływając tym samym na motywację.

Fitbit i jego funkcje

Chciałam Wam też napisać o moich ulubionych funkcjach Fitbita. Oczywiście mierzy on każdy nasz krok, tętno, spalone kalorie. Pozwala wejść w tryb aktywności i wybrać trening, który będziemy wykonywać – tym sposobem będąc na basenie wie nawet, kiedy się odbijam! Super jest to, że dzięki niemu często nie muszę mieć przy sobie telefonu – na Fitbit działa Spotify (można też wgrać własną muzykę), a korzystając z najnowszego modelu klienci kilku konkretnych banków mogą płacić za pomocą zegarka. Funkcją, którą bardzo lubię jest Relax, czyli trener medytacji i oddechu. Ustawiam sobie, żeby zegarek przypominał mi, żeby przejść przez taką sesję 2, 3 razy w tygodniu – dzięki temu znacznie spadła u mnie częstotliwość nerwobólów. Oczywiście Fitbit ma znacznie więcej opcji, ale najlepiej, jeśli sami sprawdzicie to na ich stronie!

Ja na co dzień korzystam z iPhona i Maca, co może rodzić pytanie, dlaczego nie wolałabym używać Apple Watcha. Otóż w tym samym czasie, w którym ja dostałam zegarek Fitbit do testów, moja przyjaciółka Agata zakupiła produkt Apple, więc bardzo szybko miałyśmy możliwość porównania naszych obserwacji.

Podstawowym i decydującym argumentem przemawiającym na korzyść Fitbita jest dla mnie długość trzymania baterii. Agata musi ładować swojego Apple Watcha raz na 24-48 godzin. Dla mnie to jest zdecydowanie zbyt często – nie wyobrażam sobie posiadania kolejnego urządzenia, o którym muszę pamiętać, żeby je naładować. Dla porównania bateria Fitbita wytrzymuje 7-8 dni.

Kolejna kwestia to możliwość rozmawiania przez telefon za pomocą zegarka. Dla mnie fakt, że na Fitbicie nie można tego robić jest jak najbardziej zbawienny. Wystarcza mi to, że widzę, że ktoś do mnie dzwoni, że mam nieodebrane połączenie, czy odczytanie smsa. Serio, ja nie chce, żeby rzecz, którą mam ze sobą cały czas na ręku jeszcze bardziej przykuwała mnie do mojego telefonu, albo funkcjonowała jako jego zamiennik.

Są też oczywiście rzeczy, których zazdroszczę Apple Watchowi. Jest to na przykład możliwość obserwowania na zegarku widoku z kamery telefonu, co wydaje się być świetne, kiedy musimy sami zrobić sobie zdjęcie w podróży! Ja na szczęście nie lubię wyjeżdżać w pojedynkę, więc u mnie ta opcja funkcjonowałaby raczej jako gadżet.

Zegarek Fitbit Versa 1 testowałam przez całe lato, a od września korzystam z Fitbit Versa 2. Wojtek natomiast używa modelu Ionic już od kilku miesięcy.

Happy end

Chociaż wszystkie współprace marketingowe, które udało mi się zrealizować przez ostatni rok, były naprawdę genialne, to muszę przyznać, że Fitbit najbardziej wpłynął na moje codzienne życie. Nigdy nie przypuściłabym, że zegarek może tak zmienić podejście do aktywności fizycznej i pomóc traktować ją w zdrowy sposób. Przez kilka miesięcy przeszłam zawrotną drogę od totalnego kanapowego lenia, do osoby, która naprawdę cieszy się na myśl o ćwiczeniach i Fitbit odegrał w tej transformacji zdecydowanie kluczową rolę.

Na nadchodzący nowy rok życzę Wam, żebyście też mieli szansę wyruszyć w taką podróż i przekonać się, że zdrowy, sportowy tryb życia nie musi kojarzyć się z godzinami na siłowni i wyrzeczeniami, na myśl o których upływa z nas chęć do życia. Życzę Wam, żebyście tak jak ja mieli okazję poczuć, że bycie fit to przede wszystkim umiar, sztuka negocjowania ze sobą oraz przyjemność płynąca z aktywności fizycznej.


o Autorze
Avatar
Joanna jest założycielką Instacademy - miejsca, które promuje wiedzę dotyczącą Instagramu. Zdobyła doświadczenie tworząc od zera jedną z najbardziej zaangażowanych grup odbiorców marki w Polsce (130 tysięcy fanów), a następnie powtarzając ten sukces na swoim prywatnym profilu. Kocha podróże, dobre jedzenie i swojego kota Puszka.

14 komentarzy

  1. Super artykuł! Do fitbita zachęciły mnie już Twoje stories, teraz się tylko upewniłam, że to dobry pomysł, ale przede wszystkim dzięki za te słowa o balansie! To najważniejsza sprawa, wiem po sobie, jak jest to ważne, żeby się nie biczować, nie radykalizować (albo perfekt fit albo nic) – sama pracuję nad równowagą nie tylko w temacie ćwiczeń, ale przede wszystkim jedzenia, tylko słuchać swojego organizmu i pamiętać, że chodzi o zdrowie i dobre samopoczucie, a nie złoto olimpijskie 🙂 pozdrawiam ciepło!

    1. Oj tak święte słowa, balans we wszystkich aspektach życia – brzmi jak coś nierealnego, ale tez do tego dążę!

  2. Fajne to!
    A swoją drogą, rzeczywiście wszystko zaczyna się w głowie.
    Ja zawsze mówiłam, że otyłość to choroba umysłowa…. 🤷‍♀️
    Od zawsze mam nadwagę (sporą) i z lepszym lub gorszym skutkiem od jakiegoś czasu z nią walczę.

  3. Asiu! Zachęciłaś mnie do zmiam! Versa 1 , Versa 2 – czy widzisz jakieś znaczące różnice w użytkowaniu? Bateria trzyma porównywanie dlugo? Polecasz dopłacić do 2?

    Ściskam mocno!

    1. Jeśli chodzi o baterie to Versa 2 zdecydowanie trzyma dłużej, jeśli tylko masz budżet to nie zastanawiałabym się i kupiła 2!

  4. Asiu, ja dzięki Twojemu story zaczęłam wychodzic na spacer i w trakcie odpisywać na wiadomości i maile.
    Zamiast z kanapy. Mega produktywność ❤️

  5. Przyznaję, że od czasu Twojego instastory dotyczącego fitbit zastanawiam się poważnie nad zakupem smartwatcha. Wcześniej traktowałam to jako zbędny gadżet.

  6. No i co zrobiłaś Asia z moim portfelem? Zastanawiałam się od jakiegoś czasu nad zegarkiem sportowym no i tak oto dzięki Tobie właśnie zamówiłam Versę 2 z pięknym szmaragdowym paskiem 😀 teraz już nie będzie wymówek, trzeba będzie się ruszać!

  7. Ja tez używam ale znacznie starszej wersji, której pewnie już nie ma w sprzedaży 😂 ale mimo wszystko jesli ktoś chciałby zakupić fitbit ale cena nowej wersji go przeraża to na luzie może zainteresować się starszymi, może nie są tak piękne ale działają tak samo dobrze! Ja mam jeszcze dodatkowo wagę która jest synchronizowana z zegarkiem i kontroluje wagę i poziom tluszczu i chyba coś jeszcze wiec dodatkowa motywacja jak sie w aplikacji widzi jak wykres z wagą idzie w dół! 😉

  8. Rozumiem Twój zachwyt Fitbitem- uzywamy ich od 4lat:) Z tym ze ja preferuje mniejsze zegarki wiec uzywamy charge3 – on na basen a ja glownie na spacerach. zastanawiam sie nad ich najnowsza wersją ale zegarki Gopro tez przykuly moją uwagę. Z racji mieszkania w Alpach potrzebuie kilku opcji ktore Gopro oferuje, co nie znaczy ze rzucimy nasze Fitbity w kąt:)
    ps. mialam to samo z Applewatch- chce zegarek a nie telefon:)

    1. Versa 2 ma również opcje walleta (można nią płacić), można monitorować sen, ta bateria trzyma o wiele dłużej, nowy Design, lepszy wyświetlacz… nie pamietam więcej 🙈

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *